RSS
sobota, 25 czerwca 2011
Girona

No tak, wstyd się przyznać, ale rok prawie upłynąć musiał od naszego pobytu w Katalonii, żebym zabrała się za dokończenie hiszpańskiego bloga. A została już tylko Girona, z piękną starówką i wspaniałą katedrą Santa Maria.


Taki widok ukazała się nam od strony parkingu


A tak pięknie zarastał pnączami most, pod którym przechodziliśmy w drodze na Starówkę


Zagłębiliśmy się zatem w wąskie brukowane uliczki


Pierwszy był kościół Sant Feliu, romańsko-gotycki, stojący na miejscu grobów św. Narcyza (nie wiedziałam, że jest taki święty)  i św. Feliksa. Niegdyś służył on jako bastion, chroniący miasto od strony rzeki.


A propos świętego Narcyza- podobno został ona zamęczony w IV w., natomiast w 1285r. uchronił miasto od wojsk francuskich, zsyłając na napastników chmarę much, które wyfrunęły z jego grobu.


Wyruszyliśmy dalej uliczkami Girony w stronę katedry


Oto ona- prowadzą do niej monumentalnie barokowe schody zbudowane w XVIIw.
W miejscu, gdzie stoi obecny kościół wcześniej znajdowała się rzymska świątynia, potem meczet. Katedrę ufundowała Ermessenda w 1038r.*

*Jesli ktoś czytał "Władcę Barcelony, na pewno kojarzy ta postać. Ermessenda była żoną Ramona Borella i faktycznie to ona rządziła Hrabstwem Barcelony, odsuwając od władzy także swojego syna Berenguera Ramona i wnuka Ramona Berenguera I. Ostatecznie, po interwencji biskupa Oliby Ermessenda sprzedała wnukowi swe terytoria, zas inne bogactwa przekazała w testamencie Kościołowi. W rzeczywistości to własnie Ermessenda doprowadziła do uniezależnienia Hranstwa Barcelony od państwa Franków oraz doprowadziła do zwycięstwa nad Maurami pod Kordobą.
Ermessenda została pochowana w katedrze, obecnie jej szczątki spoczywają w jednej z bocznych kaplic w gotyckim sarkofagu z posągiem władczyni.



Nawa główna katedry, przebudowana w XIVw., podobno najszersza ze wszystkich gotyckich kościołów w Europie.


Marmurowy ołtarz w romańskim prezbiterium pochodzi z 1038r., obok stoi marmurowy fotel biskupi, uważany za tron Karola Wielkiego, wykonany w 785r.



Katedralne romańskie krużganki.
W Muzeum Katedralnym mozna zobaczyć między innymi romaśnie rzeźby, iluminowany manuskrypt "Komentarze do Apokalipsy" z 975r. oraz tkaninę z XIw. ze scenami biblijnymi.


Widok z ogrodu, który znaleźliśmy powyżej katedry


To też katedra, tyle, że "od zaplecza" ;-)


Spacerując wąskimi uliczkami miasta, także dwanej zydowskiej dzielnicy El Call w sąsiedzwtie katedry, powróciliśmy do kościoła Sant Feliu. A czego właściwie tam szukaliśmy?


Ano tego właśnie! Czytając w przewodniku o rzeźbie Lwicy na kolumnie, wyobrażaliśmy sobie, że będzie bardziej monumentalna, pewnie dlatego nie znaleźliśmy jej od razu.
Stoi na Placa Sant Feliu. Obecna rzeźba jest kopią (oryginał pochodzi z XIIw.). A do czego służy?


No oczywiście do zapewnienia sobie powrotu do pięknej Girony. Turyści cmokają Lwicę w pupę, aby zagwarantować sobie, że kiedyś tu jeszcze wrócą. Nasze dziewczyny nie omieszkały skorzystac z okazji. Aby dosięgnąc do wiadomej części ciała postawino specjalną drabinkę. Trusia co prawda i tak nie była stanie dosięgnąć, ale zawsze mogła posłać całuska we wiadomym kierunku;-)


Domy nad rzeką Omyar

Do zobaczenia Girono. Do zobaczenia Katalonio. Jeszcze tu pewnie wrócimy. Bo w końcu tyle jeszcze zostało do zobaczenia- w samej Gironie nie dotarliśmy na przykład do arabskich łaźni, wzniesionych w XIIw., a odrestaurowanych w latach 20 XXw. pod kierunkiem moich ulubionych modrnistów.
Trusia już się wybiera. Nawet w tym roku chciała (a mamy już, przypominam, kolejne lato, 2011). W końcu łaskawie zgodziła się, że w tym roku może byc Dalmacja, ale za rok- Hiszpania koniecznie :)

18:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 listopada 2010
Z wizytą u Gali

Dotarłam wreszcie do ostaniego dnia naszych wakacji w Katalonii. W programie zwiedzania nie mogło zabraknąć chociaż odrobinki Dalego, który tu się urodził, mieszkał i tworzył swoje surrealistyczne dzieła. Największe w świecie muzeum Dalego znajduje się w Figueres niedaleko granicy z Francją. W budynku dawnego teatru, w labiryncie pomieszczeń zaprojektowanych i ozdobionych przez mistrza można podziwiać jego obrazy, rzeżby i zaprojektowaną przez niego biżuterię. Pod posadzką Jojes-Dali znajduje się jego grób.
Do Figueres nie dotarliśmy. Ale za to odwiedziliśmy gotycko-renesansowy zamek, który Dali podarował ukochanej Gali- swojej żonie, muzie i jedynej modelce.
Trafić tu nie było wcale łatwo, bo dom Gali mieści się w maleńkiej wiosce Pubol 22 kilometry od Girony.
Dali kupił zrujnowany zamek w 1968 roku, Gala mieszkała w nim od 1971 do 1980 roku, a Dali odwiedzał ją na jej specjalne zaproszenie. Gdy zmarła pochowano ją w krypcie zamku. Obok grobowca Gali przygotował Dali drugi- dla siebie. Planował, że gdy poczuje zbliżającą się śmierć położy się w grobie i weźmie Galę za rękę ( w ścianie pomiędzy obydwoma nagrobkami znajdował się specjalny otwór). Niestety, po pożarze sypialni w Pubol został przewieziony do Figueres, gdzie zmarł. Władze miasta nie uszanowały jego ostatniej woli i pochowano go pod posadzką Teatre-Museu.
I tak to spoczywa teraz z dala od swojej ukochanej, a zwiedzający muzeum w Figueres często nie wiedzą nawet, że depczą po grobie artysty. A tymczasem Gala czeka w Pubol.

Do zameczku Gali przylega XIV-wieczny kościółek.

Do prywatnych apartamentów Gali wchodzi się po kamiennych schodkach.

Łazienka

Szachy projektu Salvatora Dalego- brr, nie chciałabym nimi grać

Galina Iwanowna Diakonowa była żoną poety Paula Eluarda, kiedy w 1919 roku poznała Salvatora w jego domu w Portlligat. Dali zakochał się od pierwszego wejrzenia (chociaż twierdził podobno, że kochał Galę już wcześniej, zanim się urodziła). Gdy wyjechała z mężem do Paryża wkrótce wyjechał za nią. Do Katalonii wrócili już razem.

Rzeżby głów lwic strzegą wiecznego spoczynku Gali.

Weranda- przyjemnie byłoby siedzieć tu przy porannej kawie albo popołudniowej herbacie.

Długonogi słoń w ogrodzie

Sadzawka ozdobiona popiersiami Wagnera

Jeszcze jeden słoń na pajęczych nóżkach.

Bliskie spotkanie z moją ukochaną lawendą

Brzoskiwnia i majteczki w kropeczki ;-)

Gorąco polecam - jak będziecie w okolicy, zboczcie do Pubol, warto. Nie ma tu co prawda zbyt wielu dzieł Dalego, ale jest cisza, trochę melancholii, a dookoła pobrzmiewa śpiewny język rosyjski- w końcu Gala przybyła tu z dalekiej Rosji. Zobaczycie samochód i powóz, którym Dali i Gala jeździli po okolicy, prywatne apartamenty Gali z kiczowatym wystrojem projektu Salvatora, kilka sukien Gali, parę zdjęć. Odpoczniecie w cieniu niewielkiego ogrodu, gapiąc się na wodę w sadzawce, a z drugiego brzegu spoglądać na was będą liczne popiersia Wagnera.

 

 

20:52, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010
Barcelona- odsłona czwarta i ostatnia

Kolejny raz wybrałyśmy się w "dziewczyńskim" gronie do Barcelony. Trusia z Tatusiem zostali na kempingu, a my, po godzinnej jeździe autobusem ponownie wylądowałyśmy na Placa de Catalunya. Ruszyłyśmy na północ ulicą Passeig de Gracia, zbaczając z niej na chwilę na równoległą Rambla de Catalunya.

Passeig de Gracia, podobnie do La Rambla to obsadzona drzewami szeroka aleja. Po jej obu stronach stoją przepiękne budynki z doby modernizmu i markowe sklepy- które starałyśmy się ignorować.

Kute uliczne lampy i wyłożone mozaiką ławki zaprojektował w 1906r. Pere Falques.
A do chodnikowych płytek swą "rękę" przyłożył ponoć sam mistrz Gaudi.

Najslawniejszy odcinek Passeig de Gracia zwany jest Illa de la Discordia, czyli Kwartał Niezgody. Nazwa wzięła się z bliskiego położenia trzech wspaniałych modernistycznych budynków, każdy został zaprojetowany przez innego architekta w innym stylu.

Na rogu stoi monumentalny budynek, także z doby modernizmu

Tuż za nim Casa Lleo Morera, ozdobiony rzeźbami Eusebia Arnau:

Trzeci to bajkowy, nierealny, cudny Casa Batllo Gaudiego:

Cóz, mimo innego obiektywu nie udało mi się ująć tej bajki.
Casa Batllo- jedyny z całej trójki- można zwiedzać- niestety cena biletów zniechęca- ok 20 euro:(

Spójrzcie jeszcze na detale Casa Lleo Morera:

Casa Amatler- pomiędzy Casa Lleo Morera a Casa Batlo:

Za rogiem, przy ulicy Arago, mieści się kolejny modernistyczny budynek, projektu Domenecha i Montanera, obecnie mieści się w nim Fundacio Tapies. W tej plątaninie drucików na dachu można wypatrzeć krzesło, a druciki to nic innego jak rzeżba Tapiesa "Chmura i krzesło".

 

Zboczyliśmy z Passeig de Gracia na równoległą Rambla Catalunya. Właściwie każdy budynek na tej ulicy wart jest podziwiania:

Ponieważ trochę zgłodniałyśmy, zaglądnęłśmy do opisanej w przewodniku cukierni Mauri- stałyśmy przed górami ciastek, podziwaiłyśmy czekoladowe jeże i nie mogłyśmy się zdecydować. W końcu każda z nas wybrała swoją pyszność, zasiadłyśmy na ławeczce i delektowałyśmy się hiszpańskimi wypiekami. A koło nas zaparkował taki oto uroczy skuterek:

Posilone ruszyłyśmy dalej, zadzierając głowy i podziwiając kolejne dzieła hiszpańskiej secesji- bo w końcu modernizm to jej odmiana;)

To, jak mniemam, powinna być Casa Serra, ale trochę czasu już od naszego pobytu w Barcelonie upłynęło, więc jeśli się mylę, to proszę o sprostowanie.

Przed głównym punktem programu odetchęłyśmy chwilkę w cieniu ogrodów Palau Robert, wypatrując papug wśród palmowych liści- słychać je było, ale zobaczyć się nie udało.
W końcu nadszedł czas na jedną z gwiazd tego dnia i pobytu- jeden z najsłynniejszych domów Gaudiego- Casa Mila.

 Casa Mila, zwany też La Pedrera, czyli "kamieniołom" z powodu fasady z nieregularnie ciosanego szarego kamienia. Został on wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Tu już nie odpuściłyśmy,odstałyśmy pół godzinki w kolejce i zakupiłyśmy bilety za jedyna 12 eurosków.

W środku:

Domek dla lalek

I na dachu:

Już na dole:

A to jeszcze nie był koniec modernizmu. Po opuszczeniu Casa Mila ruszyłyśmy w dalszą wędrówkę ulicami Barcelony, tropiąc kolejne budowle. Przy ulicy Diagonal stoi Casa Asia:

Troszkę dalej stoi kolejny wspaniały budynek-  Casa Rerrades- Dom z Iglicami

I taki mały żarcik obrazkowy:

I ostatni budynek- Casa Macaya:

A na sam koniec, oglądana już wielokrotnie z daleka, podziwiana ze wzgórza Parku Guell, wypatrywana z dachu katedry, najsłynniejsza budowla w Barcelonie-
Proszę państwa, oto Sagrada Familia:

Cóż, oczekiwania przerosły rzeczywistość. Zapamiętałam kościół świętej Rodziny jak budowlę z błota, zamek z mokrego piasku, ze wspinającymi się na wieże jaszczurami i ślimakami. I to też było. Ale główne wrażenie, jakie mi osobiście pozostało, to plac budowy. Świątynia wciąż jest w trakcie wznoszenia. Pierwsza z trzech fasad, Fasada Bożego Narodzenia, jedyna ukończona za życia Gaudiego i jego projektu, zachwyca. Druga, prawie gotowa, Fasada Męki Pańskiej, współczesna, budzi już mniejsze emocje. Ostatnia, Fasada Chwały Bożej- jeszcze właściwie nie powstała. Żeby zobaczyć kościół od środka trzeba postać w kolejce i uiścić 10 euro. Odpuściłyśmy, pooglądałyśmy go tylko z zewnątrz. Bardzo szybko topnieją te euroski w portfelu:(

Po obejrzeniu Sagrada Familia podjechałyśmy metrem na Placa Catalunya i wpadłyśmy jeszcze na chwil parę do dzielnicy La Ribera. Nie mogłyśmy przecież odpuścić Palau de la Musica Catalana:

Niestety, nie udało nam się już zajrzeć do środka i popodziwiać wspaniałej (podobno) sali koncertowej, wpisanej także na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO, z pięknym (widziałam na zdjęciach) witrażem w suficie.

Po emocjach z przełomu IXI i XX wieku należala nam się chwila oddechu przy X-ciowiecznym kościółku Sant Pere de les Puelles:

A na koniec w nagrodę z pilne dreptanie i oglądanie były wspaniałe lodowe desery w firmowej kawiarni Haagendas'a. Pożegnał nas frasobliwy barceloński byk:

Dużo nam jeszcze zostało do zobaczenia w Barcelonie. Jeszcze nie wszystkie domy Gaudiego odnalazłam, nie wjechalam na wzgórza Montjuic i Tibidabo. Został jeszcze Miro i Picasso. Będą w sam raz na kolejną wizytę.

21:32, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 września 2010
Królewskie Opactwo Santa Maria de Poblet

Wracam po chwili przerwy, związanej z niedoborem czasu. Za oknem znów pada i chyba nie jest za ciepło, jesień, chociaz kalendarzowo ma jeszcze czas, na dobre zagościła już w Krakowie. Warto zatem przenieść się na chwilę do słonecznej, ciepłej Hiszpanii.

Na kolejną wycieczkę szukaliśmy miejsca trochę mniej popularnego, mniej ludnego, ale niezbyt oddalonego od naszego kempingu. Otworzyłam zatem przewodnik, przekartkowałam strony o Katalonii i padło na Montblanc i okolicę. Niedaleko miasta Montblanc, położonego trochę na uboczu, znajdują się trzy klasztory, wchodzące w skład tzw. szlaku cystersów. Udało nam się dotrzeć do jednego z nich- Santa Maria de Poblet.

Klasztor Santa Maria de Poblet, najważniejszy w Katalonii, został założony przez hrabiego Barcelony Ramona Berenguera IV w drugiej połowie XIIw. Wspaniały, otoczony potrójnymi murami z 12 wieżami strażniczymi, klasztor leży w urokliwych zielonych górach Prades. Znajduje się tu panteon władców katalońsko-aragońskich, pochowanych w marmurowych sarkofagach w tutejszym kościele. Klasztor został wpisany na listę UNESCO.

Brama w pierwszym murze

Brama numer dwa

Czy widzicie te wielkouche anioły powyżej drzwi?

Główne wejście do kościoła.

Jak widać fasada kościoła wbudowana jest w najbardziej wewnętrznych z trzech murów. Wejscie po prawej stronie prowadzi do klasztoru.
Klasztor zwiedza się z przewodnikiem- w języku hiszpańskim lub katalońskim (niestety, nie ma opcji innej, bardziej przyjaznej i znajomej:()

Czekając na zebranie się grupy pooglądaliśmy niewielkie muzeum

Kolejne aniołki do domowej kolekcji

Jedna z tytułowych Bohaterek, czyli Trusia, wyraża swój stosunek do zwiedzania klasztoru;-)

I juz jesteśmy w klasztorze- do większości klasztornych pomieszczeń wchodzi się wprost z romańskich krużganków (w przewodniku napisali, że są romańskie, mi trochę gotycko wyglądają- no ale ja znawcą nie jestem)

Tradycyjnie, jak w wielu tutejszych ważniejszych kościołach, tak i  w tym krużganki otaczają wewnętrzny dziedziniec ze studnią i odrobiną zieleni.

Tak właśnie wyglądają sarkofagi królewskie po obu stronach nawy głównej

Rzeźbiony ołtarz główny

Kuta poręcz- współczesna, ale warta uwagi- tu jej "początek", czyli głowa jaszczura,

całość

i dość zaskakujące "zakończenie" ;-)

I wszystkie baby po zwiedzeniu całego klasztornego kompleksu.

Bardzo polecam wizytę w Santa Maria de Poblet- cicho tu, pięknie, dookoła zielone lasy. Do klasztoru prowadzi trzykilometrowy widokowy szlak, można więc pokontemplować okolicę (my dojechaliśmy samochodem bezpośrednio na miejsce).
Chętnie zobaczyłabym też pozostałe dwa klasztory- także XII-wieczny Santes Creus i żeński klasztor w Valbona de les Monges. Niestety, czasu nam na nie nie wystarczyło. Zajechaliśmy za to do Montblanc.

Montblanc należało w średniowieczu do najważniejszych miast Katalonii. Otoczone murami miasto omijają tłumy. Spokojnie można pospacerować po wąskich uliczkach, wspiąć się na najwyższy, widokowy punkt w mieście, postać tam chwilę i pokontemplować okolicę.

Na samym początku napotkaliśmy kolejne aniołki do naszych zbiorów.

XIII-wieczny kościół Sant Miquel, w którym można zaobserwować przechodzenie od gotyku do gotyku płomienistego- tak przynajmniej piszą w przwodniku.

Główna świątynia miasta- XIV-wieczny kościół Santa Maria z barkową fasadą

Tenże sam kościól oglądany z najwyższego miejsca w mieście

Miasto i okolica

Truśka "rozwiana"

Stojący poza miejskimi murami kościół i klasztor sióstr klarysek De la Serra. Według legendy woły ciągnące karetę bizantyjskiej księżniczki Ireny Laskaris stanęły pod miastem i niechciały ruszyć z miejsca. Księżniczka uznała to za znak z niebios i założyła klasztor, w którym pozostawiła alabastrową figurę Mare de Deu de la Serra.

Matka Boska z Gór, patronka Montblanc.

XIV-wieczne mury Montblanc z 30 basztami (niektóre baszty są "zamieszkałe", włączone do nowszych budynków. Inna legenda opowiada, że pod tymi właśnie murami święty Jerzy pokonał smoka, a ze smoczej krwi wyrosła czerwona róża katalońska. Święty Jerzy, jak się ostatnio dowiedziałam, został "zlustrowany" i, jako postać legendarna, usunięty wraz ze swoim smokiem z hagiografii. Wciąż jednak pozostaje jednym z patronów Katalonii.

21:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 sierpnia 2010
Elegancka Tarragona

Taka pozostała w moich wspomnieniach- elegancka, wygodna- bo i z parkowaniem problemu nie było i latwo dało się odnaleźć wszystkie zalecane do zwiedzenia zabytki.

Tarragona jest najlepiej zachowanym rzymskim miastem poza granicami Włoch (ha, i być może w tym tkwi sekret, dlaczego wspominam ją wyjątkowo dobrze- bo dużo w niej z mojej ukochanej Italii;). Tarraco- dzieło Scypionów, zdobyta przez Rzymian w 218r. p.n.e., za czasów rzymskich stolica prowincji i główny ośrodek handlowy, w szczytowym okresie rozwoju miasta żyło tu aż 250 tysięcy ludzi.

Samochodem dotarliśmy na Rambla Nova, gdzie zaparkowaliśmy na ulicy, zaledwie parę kroków od Balco del Mediterrani- wspaniałego placu-tarasu z widokiem na Plażę Cudu.

Jak już nasyciliśmy wzrok widokiem morza, wielkich i małych statków, pozazdrościliśmy szczęśliwcom pluskającym się w wodzie i wylegującym na piasku, pożałowaliśmy, że nie zabraliśmy ze sobą kostiumów i ręczników, powędrowaliśmy dalej.
Kolejnych parę kroków zaprowadziło nas prosto do rzymskiego amfiteatru z czasów Oktawiana Augusta.

Mieściło się tu 14 tysięcy widzów,a częśc siedzisk wykuto w litej skale (jak to zwykle w rzymskich amfiteatrach jest praktykowane).

Kawałeczek dalej znajduje się, także rzymski, cyrk z Iw. n.e. z hipodromem:

Obok cyrku stoi, nieciekawy z zewnątrz, dom pretora, przebudowany później na palac namiestników królów aragońsko-katalońskich, a w nim Muzeum Archeologiczne. My do muzeum nie zachodziliśmy, podążyliśmy dalej wąskimi uliczkami miasta, w górę, do katedry. Po drodze mijaliśmy taki oto ciekawy domek:

Ulicą Carrer Major dotarliśmy wprost do romańsko-gotyckiej katedry:

Tuż obok, na rogu, stoi gotycki budynek z arkadami  z XIVw. (Voltes Gotiques), gdzie w średniowieczu odbywały się targi:

Katedra sprawiła nam trochę kłopotów, albowiem nie od razu udało nam się znaleźć do niej wejście. Nie były to bynajmniej drzwi w głównym gotyckim portalu, ani żadne z bocznych w fasadzie. Obeszliśmy całą budowlę dookoła, żeby wreszcie natrafić na boczne wejście od strony muzeum diecezjalnego. Gdybyśmy obchodzili katedrę w drugim kierunku, znaleźlibyśmy je wcześniej. No ale wtedy pewnie nie zobaczylibyśmy tego oto pięknego budynku, w ktorym niegdyś mieścił się szpital:

No i w końcu jest- wejście do katedry, a przy okazji do muzeum diecezjalnego:

Z wewnętrznego atrium i krużganków możnasię było pozachwycać katedrą w całej jej okazałości:

Goryckie krużganki to wyjątkowo piękne, ciche miejsce- można tu posiedzieć w cieniu i chwilę pokontemplować, powdychać zapach róż, rosnących na dziedzińcu, posłuchać szmeru wody z fontanny. I popodziwiać przepiękne kolumny z rzeźbionymi kapitelami- rzeźby często przedstawiają rozmaite zwierzęta, jest tu tez scena pogrzebu kota, ktoremu ostatnią posługę oddają szczury.

Po zwiedzeniu katedry czas na mały relaks i postanowienie, gdzie dalej się udajemy. Jak się dobrze przypatrzeć, to na ziemi leży mnóstwo kolorowych ścinków papieru, bibułek i kwiatowych płatkow- niedawno odbywal się tu ślub, a lokalny zwyczaj jest taki, że młodą parę obsypuje się nie ryżem czy drobniakami, a właśnie kolorowymi papierkami i płatkami kwiatów.

Popatrzyliśmy jeszcze na rzymskie mury- pomiędzy nimi, a fortyfikacjami wzniesionymi przez Brytyjczyków w XVIIIw. mieści się Pasaż Archeologiczny, na ktory wchodzi się przy Porta Roser:

Głazy na samym dole murów pochodzą z czasów starszych niż rzymskie, są one fragmentami tzw. cyklopich murow, którymi otoczyli swoją Kesse (tak się przez Rzymianami zwała Tarragona) Iberowie.

Na Placa Pallol zachowały się fragmenty murów i budowli publicznych należących do rzymskiego Forum Prowincji:

No i wracamy na Balkon Śródziemnomorski- jeszcze chwilę pogapimy się na port:

Jeszcze pyszne lody w kawiarence na końcu Rambla Nova i opuszczamy gościnną Tarragonę, starając się trafić po drodze na kolejne pamiątki po Rzymianach.

Akwedukt, zwany Pont del Diable, dostarczał miastu wodę z oddalonej o 30km miejscowości Gayo:

Ma on 217m długości i 27 wysokości- wygląda rzeczywiście imponująco:

Ostatni przystanek w czasie tej wycieczki zrobiliśmy, by sfotografować tzw. Wieżę Scypionów ,która jest trzypoziomowym grobowcem w formie wieży, zbudowanym w I.w. n.e.
Rzeźby mają przedstawiać Atisa, boga świata zmarłych.

Żeby tu trafić, trzeba pojechać drogą N-340 w kierunku Barcelony, wieża stoi przy samej drodze (w przewodniku Pascala jest nieścisłość, mianowicie napisane jest, że trzeba się udać w bok od drogi za drogowskazami- pewnie się autorowi pomyliło z akweduktem). Kawałek dalej można jeszcze zwiedzić rzymski kamieniołom Medol, skąd wydobywano piaskowiec do budowy miasta, a jakieś 20 km za Tarragoną napotkaliśmy na Arc de Bera- łuk triumfalny z IIw. n.e., stojący niedyś przy Via Augusta- drodze prowadzącej do Tarragony (fotografii brak,  łuk stoi sobie na czymś w rodzaju ronda na środku szosy i trudno się tu zatrzymać, żeby go uwiecznić).

23:32, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Czas na relaks

W Krakowie dzisiaj było tak upalnie jak w Hiszpanii, przydałaby się mala laba na basenie. Z braku urlopu, a w związku z tym czasu na basenowe przyjemności, oddam się fotowspomnieniom.

Chłodząca sesja zdjęciowa pt. Truśka się pluska:

 

Truśka opala pupę:

Truśka przed domkiem w wymyślonym przez siebie nakryciu głowy:

Truśka kłębi się na naszym łóżku:

Na koniec bardzo intymna fotografia. Uwielbiam patrzeć, jak śpią. Bardzo często śpią podobnie- już kiedyś wstawiłam na bloga Gertrusi zdjęcie maleńkiej, paromiesięcznej Córki śpiącej identycznie jak Tatuś. Teraz obrazek podobny:

Tyle na dzisiaj. Zostało jeszcze kilka dni- czwarta odsłona Barcelony, Tarragona, cudowna Girona, nekropolia katalońskich królów w Santa Maria del Poblet oraz spacer po Montblanc.
Zatem zaglądajcie:)

22:33, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2010
Barcelona- wizyta trzecia- Port Vell i kościół Santa Maria del Mer

Trzecia wizyta w Barcelonie odbyła się w pełnym składzie. Był to dzień drugiej tury wyborów prezydenckich, a P. był zdeterminowany, żeby obywatelski obowiązek wypełnić. Przed wyjazdem odstał swoje w Urzędzie Miasta, w celu uzyskania odpowiednich zaświadczeń dla uprawnionych do głosowania członków rodziny. A na miejscu wytrwale poszukiwał Polskiego Konsulatu- najpierw w sieci, potem na mapie, a w końcu w niedzielę dzielnie krążył po ulicach Barcelony z Bunią w charakterze pilota, aż trafił w okolice Konsulatu. Na miejscu czekala nas niespodzianka- kolejka, w której odstaliśmy chyba półtorej godziny. W tym czasie niegłosująca część wycieczki musiała rozrywkować się na pobliskiej ławeczce pod Starbucks'em.

Po wypełnieniu obywatelskiego obowiązku wszystkim należała się nagroda. A tą nagrodą miało być zwiedzanie Barcelońskiego Akwarium.
Jest ono ponoć drugim najczęściej odwiedzanym w Barcelonie miejscem- tak przynajmniej twierdzą przewodniki (Pierwszym jest, jak mniemam, Sagrada Familia, do której w końcu i my dotrzemy. Inny przewodnik podaje, że Akwarium zajmuje miejsce pierwsze, a Sagrada spadla na drugie.). Jest to podobno największy tego typu obiekt w Europie- faktycznie, było warto pójść i wydać te naście euro od łeba (szczęśliwie najmniejszy Łebek nie płacił).
Ale żeby wejść, trzeba było najpierw dojechać w jego pobliże (masakra!) i zaparkować (druga masakra, nawet większa od tej pierwszej!). No ale jak już zaparkowaliśy gdzieś przy porcie, niezupełnie legalnie, ale uznaliśmy, że w niedzielę może żadne służby nie będą tu zaglądać, to poczłapaliśmy przez Port Vell.

Po drodze tylko mały "skok w bok" pod XVII-wieczny kościół La Merce.

Po drodze do Akwarium mijaliśmy replikę zabytkowej łodzi podwodnej Ictineo II- łódź zrobiona jest z drewna, tak jak pochodzący z 1864 r. oryginał.

Chociaż przewodnik "starszył" długą kolejką do kas, mieliśmy szczęście i szybko znaleźliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu Akwarium.

A potem podziwialiśmy zaczarowany podwodny świat. Akwaria są wielkie, pływają w nich bajecznie kolorowe ryby, wielkie krewetki, homary, ośmiornice. Zresztą- zobaczcie sami- za jakośc zdjęć z góry przepraszam, rybki są ruchliwe, a nie wolno ich denerwować fleszem.

Ktoś widzi rybę? Ta akurat nie jest specjanie ruchliwa.

Konik morski- ten był taki bardziej "klasyczny".

Płaszczki- nie dziwię się, że nazywane są czasem "morskimi aniołami" (diabłami chyba zresztą też)- poruszają się z taką gracją, że mogłabym na nie patrzeć godzinami.

Ośmornica "w locie"

A za chwilkę największa atrakcja- ogromne akwarium i tunel z rekinami:

Truśka rekinów wcale się nie bała- w końcu były "za szybką".

Dwa koniki "liściaste"

Widok portu z tarasu Akwarium

Truśka "z okienka"- w Akwarium jest plac zabaw dla dzieciaków, z tunelową zjeżdżalnią, pomiędzy ściankami ktorej płynie woda, jest taki oto domek, z którego można podziwać ryby  w sadzawce, patrząc na nie z góry- jest też wiele innych atrakcji o bardziej "edukacyjnym" charakterze. Fajne.

Po krótkim (no, nie taki krotki on po prawdzie był) odpoczynku czekały na nas kolejne akwaria:

Podobne meduzy "wygoniły" Truśkę z morza- jak się tylko zorientowała, że pływają obok, to zwiała na płyciznę i już się nie dala namówić na pływanie.

A to skrzypłocz jest.

Zdjęć rybek i innych wodnych stworów mamy naturalnie więcej, były też pingwiny w wielkiej "lodówce", ale nie będziemy was nimi zanudzać.

Trzeba było w końcu opuścić chłodne Akwarium i wyjść na upalne Moll d'Espanya.

Ponieważ była niedziela, udaliśmy się na poszukiwanie kościoła, licząc na to, że uda nam się jeszcze "załapać" na wieczorną mszę.

Takie śmieszne butelkowate drzewka napotkaliśmy po drodze.

Dotarliśmy do koscioła Santa Maria del Mar, uważanego za najpiękniejszy kościół w Barcelonie.

Kościół powstała w latach 1329-1383 i zaliczany jest do najdoskonalszych przykładów architektury gotyckiej w Katalonii.

Wnętrze jest surowe, prawie bez ozdób. Trzy podobnej wielkości nawy, proste kolumny i wpsaniałe łuki sklepienia- "żadna architektoniczna przestrzeń nie ma w sobie tyle powagi ani dostojeństwa, co kościół Santa Maria del Mar".

23:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Święta Góra Montserrat

Góra jest niesamowita. Z autostrady pomiędzy Barceloną a Tarragoną można ją podziwiać w całej okazalości. I jak ktoś wie, że gdzieś tu powinna być, to rozpozna ją bezbłędnie- jej skalne paluchy wyciągają się do nieba.  Jadąc wieczorem można wypatrzeć światełka klasztoru na jej zboczu,

Wybraliśmy się na Montserrat dwukrotnie. Dlaczego aż dwa razy. Ao dlatego, że za pierwszym razem, ufając, że skoro od celu nie dzieli nas zbyt dużo kilometrów, to spokojnie możemy je pokonać korzystając z lokalnych dróg i nie wjeżdżając na autostradę. I to był błąd- jechaliśmy, jechaliśmy, a góra wcale się nie przybliżala, I tak zmarnowaliśmy ponad dwie godziny. Drugi błąd był taki, że zobaczywszy stację kolejki linowej i wielką stzałę wskazującą kierunek na klasztor wprost do owej stacji, stwierdziliśmy, że może jest to najprostsza, a może i jedyna droga na górę, zatem porzuciliśmy forda na parkingu i wsiedliśmy do wagonika. A takie oto widoki mieliśmy po drodze:

Na górze okazało się, że do ostatniego zjazdu na dół mamy zaledwie półtorej godziny, zatem nie poszalejemy specjalnie. Oczom naszym ukazał się też wygodny parking i asfaltowa droga, ktora dało się wjechać pod sam klasztor.. Cóż, trzeba się było lepiej przygotować merytorycznie do tej wycieczki. No ale dzięki nieprzygotowaniu mieliśmy nieplanowaną atrakcję w postaci jazdy kolejką linową. Niektorym to nawet adrenalina skoczyła, a drogę powrotną przebyli trzymając kurczowo Najmłodszą i kucając sobie na podłodze- żeby tych widoków nie podziwiać. Bo w dół jest jakby gorzej niż w górę.

Klasztor na Montserrat jest najważniejszym sanktuarium w Katalonii. Znajduje się w nim figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem, tutejszej Czarnej Madonny, albowiem oboje są czarnoskórzy. Legenda głosi, że figurę wyrzeźbił święy Łukasz, a znaleziono ją w 880r. w grocie Santa Cova. W 976r. osiedlili się tu benedyktyni, którzy zamieszkują klasztor do dzisiaj.

Montserrat  oznacza "przepiłowana góra", legendy mówią, że to aniołowie wyrzeźbli ją w tak fantazyjne kształty pry pomocy złotej piły, przygotowując tu dom dla Matki Boskiej.

Fasada bazyliki z figurami Chrystusa i apostołów.

Krużganki przed bazyliką.

Współczesna rzeżba anioła- ja nazwalam go Liściastym Aniołem.

Korytarz z wotywnymi świecami

Trusia zapala jedną- dla Ciszka.

Pierwsza wizyta w Montserrat tylko zaostrzyla nam apetyt- bo miejsce jest rzeczywiście wspaniale. I niekoniecznie trzeba być osobą wierzącą i pielgrzymować do Czarnej Madonny. Bo jest to też miejsce cudownych, zapierających dech w piersiach widoków, liczne ścieżki i dróżki po zboczach zachęcają do powłóczenia się po okolicy, wspaniałe muzeum kusi dziełami m.in. Daliego, Picassa, Degas, Moneta, El Greca. Zatem postanowiliśmy, że jeszcze tu wrócimy.

No i wróciliśmy- tym razem minęliśmy stację kolejki linowej i pojechaliśmy ździebko dalej, by serpentynami wspiąć się pod klasztor. Oczywiście zrezygnowaliśmy tym razem z lokalnych dróg na rzecz szybszej i prostszej autostrady.

Poprzednio byliśmy to późnym popołudniem, więc miejsce wydawało nam się niesamowicie puste i ciche. Tym razem dotarliśmy koło południa i ludzi było sporo. Wzdłuż drogi od parkingu do klasztoru ustawione były kramy- ale nie z kiczowatymi dewocjonaliami, lecz z regionalną strawą, pysznymi serami owczymi, kozimi i krowimi (odpowiednie figurki stojące na piramidzie z seró winformowały z czyjego mleka zostały one zrobione), lokalnymi wędlinami, miodami, winem. Sprzedawcy kusili, podsuwając kawałeczki do degustacji. Sery- przepyszne.

Dziedziniec przed klasztorem.

Fasada bazyliki raz jeszcze- tym razem ujęta innym obiektywem.

Wnętrze bazyliki- organy

La Moreneta- Czarnulka z Montserrat. Legenda głosi co prawda, żefigurę wyrzeźbił święty Łukasz, ale badania wykazały, żę pochodzi ona z XII wieku. Pielgrzymują do niej boso sportowcy przed zawodami, młodzi ludzie z calej Katalonii wyruszają na nocną wędrówkę, by zdążyć obejrzeć z góry wschód słońca. W 1881 roku Madonnę z Montserrat ogłoszono patronką Katalonii. Przechodzący przed figurą pielgrzymi glaszczą prawą rękę Madonny- na szczęscie.

Piękna kaplica za ołtarzem głównym- tu w ciszy i z dala od tłumów można chwilkę posiedzieć za plecami Czarnej Madonny, przedstawić Jej swoje prośby.

Anioły z kopuły kaplicy.
Trusia odnalazla tu świętego Jerza ze smokiem (Figura św. Jerzego zabijającego smoka stala w niszy w kaplicy, a Truś zapamiętał go jako św. Jerza. Święty ten jest jednym z patronów Barcelony.)

Świece- giganty

I druga świeczka- dla Misi.

Trusia z Liściastym Aniołem- polubiłyśmy tą rzeźbę.

Czas na chwilkę rozrywki- nie zapomniano tu o najmłodszych, na tyłach klasztoru jest dla nich sympatyczny placyk zabaw.

Tak się prezentuje klasztor ze ścieżki drogi krzyżowej

Niesamowita ta góra, prawda?

Mała turystka.
Tym razem mieliśmy czas, żeby trochę pospacerować po okolicy, podziwiając widoki, sluchając ptaków i oddychając świeżym powietrzem. Z zaskoczeniem odkryliśmy malutki kemping na stromym zboczu- myślę, że nocleg w tym miejscu zostawia niezapomniane wspomnienia. Na okienku recepcji kempingu wisiało ostrzeżenie przed podkradającymi jedzenie kotami i wiewiórkami.

Tuśmy (tu śmy?) dospacerowali- na widokowy balkon przy dużym krzyżu. Klasztor mieliśmy dokładnie naprzeciwko, tylko rękę wyciągnżą przez przepaść.

Tak się prezentują zabudowania klasztoru z odleglości.

A tam u góry jedna z wielu pustelni, do ktorych można dospacerować. Niektóre wydają się znajdować w zupełnie niedostępnych miejscach. Jak oni je zbudowali?

Opuszczamy Montserrat- fajnie byłoby tu jeszcze wrócić, bo dużo nam zostało do zobaczenia/przespacerowania/podziwnięcia. Może za parę lat...

Jaka ulga- tym razem nie muszę zjeżdżać kolejką:)

Wracaliśmy inna stroną góry, po drodze mijając romański kościółek Santa Cecilia.

 

00:00, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 sierpnia 2010
Barcelona- odsłona druga- Rambla i Barri Gotic.

Tym razem zrezygnowaliśmy z samochodu. Zostawiliśmy na kempingu nie tylko forda, ale też Trusię, dla ktorej zwiedzanie dużego miasta niekoniecznie jest atrakcją. Do opieki nad Trusią zgłosił się P. Zatem w damskim gronie wsiadłyśmy do autobusu, który za jedyne 4 euroski zawiózł nas spod głównej bramy kempingu na Placa de Catalunya. I stąd wyruszyłyśmy Ramblą w kierunku morza, z szeroko otwartymi oczami, żeby zapamiętać jak najwięcej.

La Rambla to szeroka aleja, obsadzona platanami- oglądana z góry, na przykład z Parku Guell, wygląda jak zielona rzeka. Spacerując pasażem pomiędzy dwiema nitkami ulicy mija się najpierw uliczne stoiska ze zwierzątkami, potem kwiaciarnie, malarzy ze sztalugami, a pomiędzy nimi "żywe rzeźby"- ulicznych performerów poprzebieranych w najdziwniejsze stroje.

Podążałyśmy więc Ramblą, z Bunią na czele, uzbrojoną w przewodnik i zwracającą naszą uwagę na ciekawsze budowle wzdłuż ulicy. Czasem zbaczałyśmy troszkę.

Na przykład żeby zobaczyć gotycki kościół Santa Maria del Pi.

Na placyku del Pi lądowałyśmy kilkakrotnie, włócząc się później uliczkami Barri Gotic. To bardzo sympatyczny nieduży placyk, łączący się z dwoma innymi- Placeta del Pi i Placa Sant Josep Oriol, otaczającymi gotycki kościół. Budowla zewnątrz przypomina ponurą twierdzę- zresztą większość gotyckich kościół w Barcelonie wygląda podobnie. Ja chyba wolę naszą odmianę gotyku.

Naprzeciwko Palau Nou, nowoczesnego budynku , przez który można przejść "na skróty" na Placa del Pi i który stanowi niesamowity kontrast dla widocznej w przejściu gotyckiej wieży, znajduje się wejście na Mercat de la Boqueria. Duża zadaszona hala targowa, niesamowicie kolorowe, hałaśliwe i dość zatłoczone miejsce- żałuję, że głupio mi było wyciągnąć aparat i sfotografować góry owoców, stoiska ze świeżymi rybami i owocami morza (niektóre "owoce" łypały na nas nieprzyjażnie i starały się nas postraszyć szczypcami- wcale się im zresztą nie dziwię), przyprawami, serami, słodyczami... Lubię targi, żałowałam też, że nie przyszłam tu na zakupy.

Casa Bruno Quadras- modernistyczny budynek zaprojektowany w 1885r. przez Josepha Vilaseca, z fasadą ozdobioną parasolkami

i chińskim smokiem.

Dom stoi na rogu tzw. Pla de la Boqueria, na którym przed  laty odbywały się publiczne egzekucje, a jeszcze wcześniej handlowano tu mięsem. Dziś chodnik tej części Rambli zdobi mozaika według projektu Joana Miro.

Gran Teatre del Liceu- słynny teatr operowy Barcelony.

I znów mały kroczek w bok Rambli-jesteśmy na Placa Reial- wspaniałym placu, obsadzonym palmami. otoczonym eleganckimi restauracjami.

Fontanna Trzech Gracji w centrum Placu- a przy niej trzy inne gracje;-)

Ta lampa zwróciła moją uwagę zanim jeszcze Bogna przeczytała, że zaprojektował ją Gaudi.

Placa Reial okazał się całkiem fotogeniczny- na Rambli budynki częściowo zasłaniają drzewa, w wąskich uliczkach bocznych jest za mało miejsca na dobre zdjęcie. A tu wreszcie mogłam "zaszaleć".

Pasażem de Bacardd wracamy z powrotem na Ramblę. Przewodnik zalecał zwiedzenie starego i utrzymanego w staroświeckim stylu sklepu zielarskiego przy tej uliczce- niestety sklepik już nie istnieje, lokal po nim wystawiony był na sprzedaż.

Tego budynku przewodnik nie opisał, ale mi się spodobały niebieskie mozaiki na fasadzie- pewnie też modernizm...

Przeklinałam wąskość uliczek i to, że nie zmieniłam obiektywu w aparacie- Palau Guell zaprojetowany przez Gaudiego dla jego patrona hrabiego Guella był nie do sfotografowania:( Nijak nie dało się pokazać tych zielonych szyszeczek na dachu, tych przemyślnych wieżyczek :(

Tylko niewielki detal z fasady pałacu.

Tak sobie spacerując, gapiąc się na domy i ludzi, doszłyśmy do kolumny Krzysztofa Kolumba- na jej szczyt można wjechać windą- my nie wjeżdżałyśmy.

Po dość dokładnym "zwiedzeniu" Rambli, zagłębiłyśmy się w wąskie uliczki Dzielnicy Gotyckiej.

Anioł i latarnia na bocznej ścianie gotyckiego Ratusza.
Przy Placa Sant Jaume stoją ratusze dwa- jeden to Ratusz Miejski, a naprzeciwko niego Palau de la Generalitat, czyli siedziba autonomicznego rządu Katalonii. Oba budynki są gotyckie, w co trudno było mi uwierzyć, jako że ich fasady obudowano nowszymi budowlami. Dopiero zerkając przez bramy dało się odkryć prawdziwe architektoniczne perełki.

Stojący przy średniowiecznym placu Palau Reial Major - Pałac Królewski

Na krużgankach katedry św. Eulalii znajduje się sadzawka, którą zamieszkuje trzynaście białych gęsi- według legendy obecność gęsi jest warunkiem istnienia miasta. Ich liczba- 13- upamiętnia wiek, w którym zginęła św. Eulalia, współpatronka Barcelony.

Jedna z wież katedry- oglądana z perspektywy katedralnego dachu, na ktory można wjechać windą.

W oddali- Sagrada Familia

Cóż, z dachu fotografowało się jakoś lepiej.

Jedna z zachowanych rzymskich bram miasta - Brama Biskupia przy Placa Nova

Fontanna na jednym z dziedzińców Barri Gotic

Tego dnia powłóczyłyśmy się jeszcze uliczkami dawnej dzielnicy żydowskiej, czyli Call.
Wypiłyśmy kawę i spróbowałyśmy crema catalana w cukierni przy ulicy Ferran. Można by wrzucić więcej zdjęć i dużo jeszcze napisać- szkoda, że nie zrobiłam tego "na gorąco" jeszcze w Hiszpanii. Teraz wspomnienia trochę się zatarły.
Bo był to bardzo męczący dzień, kilometry w nogch, upał, sporo ludzi dookoła. Szczęliwie większość uliczek Dzielnicy Gotyckiej jest zamknięta dla samochodów, co sprawia, że włóczenie się po nich jest całkiem przyjemne.

00:19, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 sierpnia 2010
Plażowanie w Sitges

Dlaczego wybraliśmy Sitges na pierwsze spotkanie z morzem nie wiem. Może dlatego, żeby zobaczyć coś jeszcze poza plażą?
Zasadniczo nie jesteśmy fanami plaszczenia i smażenia się w słońcu. Trusia nie okazała się też fanką pływania w morzu- owszem chlapanie przy brzegu mogło być, zanurzenie głębiej- niekoniecznie. Woda okazała się całkiem chłodna, przy brzegu dodatkowo pływały- hmm, może lepiej nie mówić z czym kojarzyły się te pływające elementy. Muszelek za wiele nie było- kolejny minus.
No ale w końcu przyjechaliśmy nad morze i obowiązek plażowania  trzeba wypełnić. Ja osobiście najbardziej lubię spacerować wzdłuż brzegu, słuchać szumu fal. gapić się na wodę i grzebać w piasku- czyli dobrałyśmy się z Młodszą Córką doskonale.

Tośmy poplażowały, pogrzebały w w morkym i suchym piasku, pozbierały plażowe trofea. Trzy, może cztery godzinki wystarczyły. Potem otrzepaliśmy się z piasku, przyodziali nieco i ruszyliśmy w miasto.

Pierwsze były lody czekoladowe na deptaku ciągnącym się wzdłuż plaży.

Potem Truśka, zmęczona gorącem, zaległa w wózku- wykonaliśmy jej prowizoryczną zasłonkę z mojego pareo i zajęliśmy się podziwianiem uliczek miasteczka.

Sitges leży ok. 40km na południe od Barcelony, od naszego Vilanova mieliśmy kilka kilometrów. Przewodniki twierdzą, że tutejsza Złota Plaża jest jedną z lepszych w okolicy. Moim zdaniem czyściej było w Vilanova. Miasteczko pod koniec XIX wieku było modnym kurortem, do którego zjeżdżali artyści,a między nimi Picasso, którego prace można zobaczyć w Museu Cau Ferrat, XVI-wiecznym domu, należącym niegdyś do malarza Santiaga Rusinyola. Na skalnym występie nad morzem stoi XVII-wieczny kościół pod wezwaniem Św. Bartłomieja i Św. Tekli.

Spacer nadmorską promenadą:

NIe rozgryzłam tego pomnika. Czyżby hołd dla nietoperzy? Jak ktoś wie, to proszę o wiadomość w komentarzach.

Katalończycy też mają swoją syrenkę.

Esglesia Sant Bartomeu e Santa Tecla z daleka

i z bliska

i sama wieża kościelna.

Museu Maricel de Mar- zobaczyć tu można obrazy katalońskich modernistów, a także romańskie i gotyckie.

XVI-wieczny budynek, w którym kiedyś spotykali się katalońscy artyści, obecnie Museu Cau Ferrat.

Ten domeczek z wieżyczką przy placyku w centrum miasteczka mnie zauroczył. A ceramiczny kolorowy daszek dobrze mi się kojarzy- ktoś wie, z kim? ;-)

Wieżyczka raz jeszcze.

A ten balkonik z czerwonymi pelargoniami w malowanych doniczkach- "na żywo" prezentował się  dużo ładniej.

Już wiem, dlaczego wybraliśmy Sitges. Żeby powłóczyć się po wąskich uliczkach, pooglądać wystawy licznych sklepików, poszukać poleconej mi na blogu Gertrusi knajpki Lizarran z tapasami- knajpka została znaleziona, tapasy wypróbowane, ale na kolana nas nie powaliły. Natomiast na sąsiedniej uliczce odkryliśmy inny lokalik, w którym za 25 euro zakupiliśmy 20 różnych tapasów z butelką domowego wina na wynos- wino okazało się całkiem smaczne (jeszcze się ani razu nie zawiodłam na hiszpańskim winie, czego nie mogę powiedzieć o winach z Francji czy moich ukochanych Włoch), a tapasy były świetne. Knajpeczka nazywała sę chyba Izarra, albo jakoś tak podobnie- jak ktoś zawita do Sitges, to polecam.

20:06, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2