Blog > Komentarze do wpisu
Plażowanie w Sitges

Dlaczego wybraliśmy Sitges na pierwsze spotkanie z morzem nie wiem. Może dlatego, żeby zobaczyć coś jeszcze poza plażą?
Zasadniczo nie jesteśmy fanami plaszczenia i smażenia się w słońcu. Trusia nie okazała się też fanką pływania w morzu- owszem chlapanie przy brzegu mogło być, zanurzenie głębiej- niekoniecznie. Woda okazała się całkiem chłodna, przy brzegu dodatkowo pływały- hmm, może lepiej nie mówić z czym kojarzyły się te pływające elementy. Muszelek za wiele nie było- kolejny minus.
No ale w końcu przyjechaliśmy nad morze i obowiązek plażowania  trzeba wypełnić. Ja osobiście najbardziej lubię spacerować wzdłuż brzegu, słuchać szumu fal. gapić się na wodę i grzebać w piasku- czyli dobrałyśmy się z Młodszą Córką doskonale.

Tośmy poplażowały, pogrzebały w w morkym i suchym piasku, pozbierały plażowe trofea. Trzy, może cztery godzinki wystarczyły. Potem otrzepaliśmy się z piasku, przyodziali nieco i ruszyliśmy w miasto.

Pierwsze były lody czekoladowe na deptaku ciągnącym się wzdłuż plaży.

Potem Truśka, zmęczona gorącem, zaległa w wózku- wykonaliśmy jej prowizoryczną zasłonkę z mojego pareo i zajęliśmy się podziwianiem uliczek miasteczka.

Sitges leży ok. 40km na południe od Barcelony, od naszego Vilanova mieliśmy kilka kilometrów. Przewodniki twierdzą, że tutejsza Złota Plaża jest jedną z lepszych w okolicy. Moim zdaniem czyściej było w Vilanova. Miasteczko pod koniec XIX wieku było modnym kurortem, do którego zjeżdżali artyści,a między nimi Picasso, którego prace można zobaczyć w Museu Cau Ferrat, XVI-wiecznym domu, należącym niegdyś do malarza Santiaga Rusinyola. Na skalnym występie nad morzem stoi XVII-wieczny kościół pod wezwaniem Św. Bartłomieja i Św. Tekli.

Spacer nadmorską promenadą:

NIe rozgryzłam tego pomnika. Czyżby hołd dla nietoperzy? Jak ktoś wie, to proszę o wiadomość w komentarzach.

Katalończycy też mają swoją syrenkę.

Esglesia Sant Bartomeu e Santa Tecla z daleka

i z bliska

i sama wieża kościelna.

Museu Maricel de Mar- zobaczyć tu można obrazy katalońskich modernistów, a także romańskie i gotyckie.

XVI-wieczny budynek, w którym kiedyś spotykali się katalońscy artyści, obecnie Museu Cau Ferrat.

Ten domeczek z wieżyczką przy placyku w centrum miasteczka mnie zauroczył. A ceramiczny kolorowy daszek dobrze mi się kojarzy- ktoś wie, z kim? ;-)

Wieżyczka raz jeszcze.

A ten balkonik z czerwonymi pelargoniami w malowanych doniczkach- "na żywo" prezentował się  dużo ładniej.

Już wiem, dlaczego wybraliśmy Sitges. Żeby powłóczyć się po wąskich uliczkach, pooglądać wystawy licznych sklepików, poszukać poleconej mi na blogu Gertrusi knajpki Lizarran z tapasami- knajpka została znaleziona, tapasy wypróbowane, ale na kolana nas nie powaliły. Natomiast na sąsiedniej uliczce odkryliśmy inny lokalik, w którym za 25 euro zakupiliśmy 20 różnych tapasów z butelką domowego wina na wynos- wino okazało się całkiem smaczne (jeszcze się ani razu nie zawiodłam na hiszpańskim winie, czego nie mogę powiedzieć o winach z Francji czy moich ukochanych Włoch), a tapasy były świetne. Knajpeczka nazywała sę chyba Izarra, albo jakoś tak podobnie- jak ktoś zawita do Sitges, to polecam.

sobota, 14 sierpnia 2010, dsmiatek

Komentarze
2010/08/14 22:01:39
Ale tam pięknie!
-
2010/08/17 19:19:22
Doroto - www.oton.sylaba.pl/bacardi.html - popytałam i już wiemy :)
-
2010/08/17 20:34:31
Aaa, to pomnik w hołdzie dla rumu Bacardi ;-) No to nie mogłam rozpoznać, bo rumu nie piję ;-) Ale podziwiam Cię Ulcik, że znalazłaś rozwiązanie nurtującej mnie zagadki :)